poniedziałek, 30 marca 2015

Rozdział 1







Jestem Zayn Malik i pragnę świętego spokoju.
To było szalone. Ostatnie pięć lat składało się głównie ze wzlotów i upadków. Nie wiem, od czego zależała moja sytuacja, ale chętnie dałbym w twarz każdej osobie, która mówi teraz o mnie źle. Tu nie chodzi o to, że jestem zły, bo urażają moją dumę. Po prostu muszę zrobić coś z agresją i bezsilnością, które mną targają. Nie jestem najsilniejszym człowiekiem na świecie, a wiem, że wiele osób mnie za takiego uważa. Etykietka Bad Boya przylgnęła do mnie, a ja nie starałem się od niej uciec. Chyba było to zbyt wygodne.
- Zayn? - słyszę, kiedy drzwi się uchylają.
Kurwa. Zapomniałem ich zamknąć. Dureń.
- Nie mam o...
- Nie, kochanie! - przerywa mi Patricia, a wyraz jej twarzy nagle się zmienia.
Nie jest już taka zmartwiona. Teraz widzę determinację. Zawsze była silniejsza za nas wszystkich.
- Musisz się stąd ruszyć, Zayn! - mówi, głośniej, niż to potrzebne. - Nie będę cię oceniać, nie będę się gniewać, że nam nie powiedziałeś, ale proszę... nie zamykaj się na nas. Jesteśmy twoją rodziną.
Cichnie, a ja staram się na nią nie patrzeć. Gula w gardle jest co raz większa. Nawet, gdybym chciał coś powiedzieć, to mi na to nie pozwoli.
- Wiesz, że po to tu jesteśmy - szepcze, a ja nie muszę na nią patrzeć, by wiedzieć, że w oczach ma łzy. - Powiedz mi! Powiedz, co się stało!
A ja siedzę i wpatruję się w swoje dłonie i tatuaże, które pokrywają moje ręce. Każdy z nich to inna historia, a one wszystkie to moje życie. Pieprzone życie, które niemal zniszczyłem.

Kiedy Patricia wychodzi, kładę się na łóżku i odbieram telefon od Nialla. To on dzwoni najczęściej. Wiem, że nie pozwala na to innym, żebym się nie załamał.
- Zayn! - słyszę. Od razu po przysunięciu telefonu do ucha mam ochotę się rozłączyć.
- Niall... - mówię, a mój głos jest jeszcze bardziej żałosny, niż sądziłem, że będzie.
- Zayn... My... - plącze się, a ja wiem, co chce mi powiedzieć.
Będą dalej kontynuować to, co sobie wspólnie założyliśmy i jestem im za to wdzięczny. Nigdy nie chciałem nikogo zawieść. To z tą myślą nie mogę się pogodzić najbardziej: że zawiodłem więcej osób, niż jestem w stanie sobie wyobrazić.
- Wiem, Niall. Cieszę się, że dokończycie trasę beze mnie. To ja zawaliłem. - to najdłuższa wypowiedź, na jaką sobie pozwoliłem od wielu dni.
- Nie, to nie tak. Wiesz, że nikt cię nie ocenia, przyjacielu.
Niall stara się być spokojny... Jak wszyscy, którzy ze mną rozmawiają. Mam dość tego, że użalają się nade mną,  tak jak bym sam już tego nie robił.
- Kocham cię, bracie. Muszę kończyć.
Rozłączam się zanim zdąży cokolwiek powiedzieć.
Powinien mnie nienawidzić bardziej niż ktokolwiek.
Chłopcy powinni nie chcieć już nigdy ze mną rozmawiać.
Ale to moi pieprzeni bracia. Wiem, ze mnie nie zostawią.


26.03.2015r., południe

Nie potrafiłem zasnąć. Myślałem, że odejście z zespołu jakoś mnie uspokoi... że odetchnę i po jakimś czasie zacznę normalnie żyć. Albo chociaż normalniej niż dotychczas, bo wiem, że nigdy nie byłem zwykłym dzieciakiem.
Przede mną trudny moment. To właśnie spotkanie z Perrie zaprzątało mój umysł całą noc. Powinienem się jakoś na to przygotować, ale nie mogłem przestać myśleć o tym, że to, w jakiej sytuacji się teraz znajdujemy jest tylko i wyłącznie moją winą. Powinienem był być ostrożniejszy... Nie! Chwila, chwila... Nie powinienem był w ogóle się tak zachowywać. Kocham Perrie, do diabła!
A jednak coś nadal jest nie w porządku.
Czuję to całym sobą.
Drżę.


Kiedy docieram do mieszkania jest już po dwudziestej. Światło w kuchni jest zapalone, a buty Perrie leżą w przedpokoju. Musiała wrócić przed chwilą. Nie jest bałaganiarą. Z nas dwojga to ja zawsze byłem tym, który nie lubił po sobie sprzątać.
- Kochanie? - głowa Perrie pojawia się w drzwiach - To znaczy... Um, Zayn? - poprawia się.
Ma perfekcyjny makijaż, ale i bez niego wygląda pięknie. Nie wiem, dlaczego malowała się nawet, kiedy zostawaliśmy w domu. Nie potrzebowała tego.
Ganię się w myślach za to, że takie wspomnienia przychodzą mi do głowy właśnie wtedy, kiedy powinienem być bardzo skupiony.
Chce mi się palić.
- Tak, to ja - szepczę, pochylając się, by zabrać jej szpilki i rzucić je do garderoby.
Kiedy widzę jej zdezorientowany wzrok przypominam sobie, że nie było to do końca przemyślane posunięcie i po prostu odkładam je pod ścianę.
- Ja... Perrie... Ja chciałbym... - jąkam się.
- Przeprosić? - kończy, nawet na mnie nie patrząc.
Chwyta kubek parującej herbaty i omija mnie, zmierzając do salonu. Idę za nią posłusznie, rzucając wzrok w kierunku drzwi do naszej starej sypialni. Powinienem bardziej to przeżywać, a tymczasem zachowuje się jakby ktoś wyprał mnie z emocji. Co z tobą, Zayn?, pytam siebie.
Perrie siada na czarnej kanapie i obejmuje ramionami zgięte nogi.
Denerwuje się, tego jestem pewien.
- Mów - komentuje tylko, kiedy milczę.
Zbliżam się do niej, zapominając, że jesteśmy w tej pieprzonej, trudnej sytuacji. Zatrzymuję się, siadając na oparciu kanapy po drugiej stronie.
- Ciężko mi cokolwiek powiedzieć. Nie chcę niczego pogorszyć.
Parska, co przyjmuję jak policzek.
- Mogłeś lepiej się przygotować.
- Wiem, Perrie. Wiem.
Kręcę głową i odwracam wzrok. Nie mogę znieść, kiedy jest dla mnie taka, ale wiem, że na to zasłużyłem. Nie powinna nawet dawać mi szansy na spotkanie.
- Nie jestem teraz w stanie udawać, że nic się nie stało - mówi, a ja słyszę, że jej skorupa pęka.
- Nawet tego nie oczekuję - odpowiadam tak cicho, że nie wiem, czy mnie usłyszała.
Popija łyk herbaty i obejmuje kubek dłońmi.
- Schrzaniłem wszystko... - mówię bardziej do siebie niż do niej. - Mam nadzieję, że nie wierzysz, że ja i ona... że my TO zrobiliśmy.
Świdruję ją wzrokiem.
- Na tym etapie niczym nie różnimy się od innych par, Zayn. Nie będę wierzyć w to co piszą, ale nie przejdę obok tego obojętnie. Widziałam zdjęcia... Dokąd poszliście? - pyta, a ja wiem, że ma prawo wiedzieć.
- Byłem pijany i miałem wszystkiego dość. Chcieliśmy przenieść imprezę do naszego hotelu. Nie byliśmy jedynymi, którzy wyszli... To po prostu wygląda gorzej, niż było w rzeczywistości.
Mam ochotę powiedzieć jej tyle rzeczy, ale jestem zblokowany.
- To prawda, pocałowaliśmy się, ale...
Zamyka oczy i zaciska powieki. Sprawiam jej ból.
- Nic między nami nie było i niczego nie będzie. Musisz mi uwierzyć! - naciskam.
- Nie! Niczego nie muszę! Za to ty powinieneś już iść...
Wstaję i nie rozglądając się wychodzę pewnym krokiem.
Zayn, jesteś pieprzonym idiotą! Jak mogłeś to zniszczyć. Ona Ci ufała... A ja jestem już wrakiem.




_______________________________________________________________________________


Przepraszam Was wszystkich. Rozdział miał ukazać się już kilka dni temu, ale spotkała mnie moja własna, mała tragedia i nie potrafiłam zmusić się by usiąść do komputera. Mam nadzieję, że zrozumiecie.
Dziękuje za wszystkie komentarze.
Mercedes xxx

środa, 25 marca 2015

Prolog



Jest ranek, 25 marca 2015 roku.
Wiem, że to już dziś. Nie powinienem być taki zdenerwowany. Nie wiem, dlaczego to tak boli.
Podnoszę głowę i rzucam wzrokiem na telefon. Oczywiście masa nieodebranych połączeń. Nie jestem pewien, czy chcę teraz z kimś rozmawiać. Nie, absolutnie nie jestem.
Safaa puka do drzwi, ale kiedy nie odpowiadam na jej prośby wyjścia z pokoju kapituluje i odchodzi. Wiem, że ją ranię. Ranię ją jak każdego innego członka mojej rodziny. Staram się przypomnieć sobie kiedy spędziliśmy cały dzień razem. Wspomnienia są rozmyte a ja czuje się jak ostatni dupek. Wydawać by się mogło, że pięć lat, które minęło od powstania One Direction, to tak naprawdę dwadzieścia, a ja postarzałem się jakbym miał za sobą długą drogę.
Być może to prawda.
Telefon znów dzwoni, ale go nie odbieram. Wiem, że to Perrie, ale rozmowa z nią byłaby chyba teraz najtrudniejszą ze wszystkich. Mógłbym powiedzieć coś nie w porządku, czego oczywiście nie chcę. Zrobiłem już za dużo złego.
- Zayn, kochanie! - woła Patricia. - Chciałbyś może zjeść z nami śniadanie?
Kręcę głową, ale kiedy to robię orientuję się, że nie może mnie zobaczyć.
- Nie, mamo - odpowiadam.
Wiem, że jestem sukinsynem... ale nie mogę nic z tym zrobić.
Wróciłem tu po to, żeby mnie wsparły, a tymczasem nie mogę im nawet powiedzieć, że postanowiłem odejść z zespołu. Jestem popaprany. Kurewsko popaprany.

Południe.
Ręce mi się trzęsą więc postanawiam otworzyć okno i zapalić. Mama się wścieknie, bo nie lubi gdy pali się wewnątrz, ale staram się na tym nie skupiać. Kąpiel którą wziąłem wcale nie pomogła, a kiedy woda zrobiła się zimna stwierdziłem, że nie mogę dłużej przeciągać ukrywania się w łazience. Zupełnie nie wiem, co mógłbym jeszcze zrobić, żeby zabić czas. Papieros na chwilę mnie uspokaja, ale nie mogę przestać zastanawiać się kiedy management zdecyduje się ogłosić, że jestem największym dupkiem na świecie i wszystkich olałem. Pewnie zostało mi już tylko kilka godzin spokoju. Powinienem przygotować się i już teraz wyłączyć telefon. Jestem tchórzem.

Popołudnie.
Wiem, że to już, kiedy słyszę dźwięk rozbijanego talerza i krzyk Patricii. Nagle z przyjemnej, ale niepokojącej ciszy w domu mojej matki robi się straszny hałas. Safaa zamyka drzwi swojego pokoju o wiele za mocno, więc domyślam się, że też już wie.
Wściekną się, a ja jeszcze bardziej się rozpadnę. To tak, jakbym już nie był cały w kawałkach.
Szablon by S1K